Temat: Jak się uratować z zestrzelonego...
Mam taki oto problem: potrzebny mi jest do fabuły powieści nad którą pracuję żywy lotnik (niekoniecznie pilot) halifaxu, B 17, liberatora (?) lub innego bombowca, które podczas Powstania dokonywały zrzutów dla Warszawy.
A jakiej ma być narodowości? Polak, Brytyjczyk, Amerykanin czy obywatel RPA? Bo od tego, i okresu kiedy ma wylądować w Warszawie, będzie zależał typ maszyny.
Oczywiście żaden z zestrzelonych nie przeżył, ale czy prawdopodobne jest by bombowiec dostał w silnik, zaczął spadać, awaryjnie wylądował (np. w ogródkach działkowych) i ocalał powiedzmy strzelec pokładowy? Wiem, że w powieści mogę ocalić i całą załogę, ale chodzi mi o zachowanie jak największego prawdopodobieństwa.
Czy byłoby to więc teoretycznie możliwe?
Ale dlaczego żaden nie przeżył? Mamy przecież taką załogę Liberatora G jak George, Lt. Klette'a, który po tym jak został trafiony, zrzucił ładunek, a następnie wylądował paląc się na Okęciu/Służewcu, bodajże w nocy 14 sierpnia. Tak więc spokojnie mógł przeżyć nie tylko strzelec, ale i cała załoga. Ta od Klette'a przeżyła bodajże cała, tylko strzelec z górnej wieżyczki, H.J. Brown, był ciężko ranny.
Czy pilot po zestrzeleniu może dać rozkaz, by ktoś, kto ma spadochron, ratował się? Czy mieli spadochrony?
Mógł, choć nie wiem, czy w sytuacji gdy dokonywali zrzutów na niskim pułapie, spadochron w czymś by pomógł. Chyba że będziesz pisać o pilotach amerykańskich, którzy lecieli nad Warszawą w dzień. Ale to dobrze byłoby wtedy sprowadzić akcję do 18 września, bowiem tylko wtedy miał miejsce zrzut wykonany przez Amerykanów w ramach "Frantic VII".
Czy bombowce lecące nad Warszawę miały eskortę myśliwców, czy nie? Bo jeśli nie bombowiec, to może ktoś z myśliwca ocaleje?
Miały te lecące 18 września, w postaci P-51 "Mustang".
Awaryjne lądowanie mało prawdopodobne
Niemniej w trakcie Powstania miało miejsce;)
Samoloty amerykańskie, latające w dzień, miały eskortę do pewnego punktu (np. lecąc na Kanałem La Manche), nad Polskę eskorta nie dolatywała.
W dniu 18 września kilkanaście eskadr z 95, 100 i 390 Grupy Bombowej amerykańskiej 8 Floty Powietrznej, było eskortowane przez trzy eskadry amerykańskiej 355 Grupy Myśliwskiej. Przed głównymi siłami leciał z 20-minutowym wyprzedzeniem jeden "Mosquito". I tak, pierwsza grupa myśliwców osłaniała wyprawę do 10:44, kiedy to powróciła do baz znad Kołobrzegu, druga doleciała do Chojnic, trzecia leciała bodajże do samego końca, odpierając na wysokości Płońska atak Messerschmittów. Ze 110 maszyn, które wystartowały między 5:55 a 6:20, nad Warszawę doleciało 107.
Źródło: historia.org.pl/forum/index.php?showtopic=8617